Mama w korporacji – cz. II

     To już 25 tydzień. Przytyłam raptem 3,5 kg. Ale mam problem z ciuchami. Jest mi za ciasno. Internet to potężne narzędzie. Cóż z tego, skoro sklepów z odzieżą dla kobiet w ciąży w stolicy mało. Wybieram jeden niedaleko biura. Pójdę tam po pracy.

     W pracy spokojnie, załatwiam bieżące tematy. Słucham opowieści o pobycie w Afryce. Uh! jak mi szkoda, że nie pojechałam z nimi. Czuję, że znów chce mi się płakać. Co za huśtawka! Dlaczego rozczulam się byle czym? Jakież to wkurzające. Udaję, że wycieram nos i nic nie widać. Mój synku, wiele mnie kosztujesz… Nadal nie mogę się pogodzić z porażką na polu zawodowym. Co z tego, że wiem, że tak się zdarza, że korporacje mają w poważaniu kobiety w ciąży? Niby moja korporacja ma świetne miejsce w rankingach, jako firma przyjazna mamom, życie okazuje się być inne, wszystko zależy od człowieka. Miałam pecha. Tylko dlaczego akurat ja?

     Odwiedza mnie Dyrektor IT. Pyta o zdrowie, tłumaczy się. Przerywam mu. Dziękuję za starania i umawiamy się na rozmowę po moim powrocie do pracy po ciąży. Jak wrócę, pokażę im co stracili. Na pewno nie wrócę do Prezesa. O nie, nie ma mowy. Już nawet rozmawiałam z HR. Wracając z macierzyńskiego, mam większą szansę na zmianę miejsca pracy w korporacji, więc ją wykorzystam. Mam plan i duże szanse na realizację.

     Pyta o położną. Zupełnie o tym zapomniałam. Podobno posiadanie „swojej” położnej, gwarantuje miejsce w szpitalu na poród. Muszę jeszcze to załatwić. Dzwonię do Piotra.
– Muszę załatwić 2 sprawy na mieście. Będę później – informuję i wyruszam na miasto.
Uh, dlaczego te pasy mnie tak uwierają? Wreszcie dojechałam do sklepu. Nawet udało mi się zaparkować niedaleko. Jakie okropne te rzeczy. Same burasy i krój beznadziejny. Spodnie mi opadają, spódnice jak worki. Nic tu nie ma ładnego. Wychodzę. Zastanawiam się, co robić. Dzwonię do położnej. Ma czas. Umawiamy się za pół godziny w szpitalu.


     Jest sympatyczną, filigranową brunetką. Pokazuje mi sale porodowe, opisuje procedurę. Jeśli się zdecyduję, możemy wypełnić dziś papiery, żeby nie musieć robić tego podczas porodu. Decyduję się. Następny 1000zł do zapłacenia, ale po realizacji usługi.

     Opowiadam jej o mojej wizycie w sklepie z odzieżą, a ona podaje mi adresy jeszcze 2 w okolicy, które polecały jej pacjentki. Tych adresów nie ma w Internecie. Coś takiego! To są jeszcze sklepy, które się nie reklamują w necie? Zmęczona jestem, ale decyduję się na przejście do sklepu ulicę dalej.

     Wychodzę ze sklepu uboższa w portfelu, ale mam za to wygodne, rozwojowe i eleganckie spodnie oraz spódnicę jeansową i kolorowy pas ciążowy, który zakłada się na własne, przykrótkie bluzki. Pani w sklepie kompetentna, a sklep ma chyba jakieś bardziej trendy ciuchy ciążowe, a nie tylko nieśmiertelne namioty. Niektóre rozwiązania są nawet ciekawe. Czego to ludzie nie wymyślą. Dowiedziałam się właśnie, że powinnam kupić specjalną bieliznę ciążową. Na dziś mam dość, może następnym razem.

     Dojechałam do domu. Padam z nóg, bolą mnie plecy. Rozbieram się po drodze do łóżka i zasypiam. Budzę się. Ojej, niezła drzemka, już wieczór. Idę do kuchni po picie. Mam lepszy humor, bo ból minął, na wszelki wypadek łykam Urosept. Piotr jak zwykle przy komputerze. Zdaję sprawozdanie z dnia w pracy i po. Umawiamy się na jutro po pracy. Razem pojedziemy na zajęcia do szkoły rodzenia. Teraz omawiane są jakby bardziej przydatne tematy. Jeszcze tylko smarowanie brzuszka kremem przeciw rozstępom. Stoję naga przed lustrem. Ale dziwnie wyglądam z takim dużym brzuchem. Według mnie dużym, według pozostałych nie bardzo. Lekarz od USG nawet się dziwi, jak ten mój maluch się tam mieści. Chyba powinnam zrobić zdjęcie brzuszka na pamiątkę.

     Piotr ma jutro w pracy ważną prezentację o 11. Przygotowuję mu koszulę, krawat i spinki.
W pracy nie mogę znaleźć sobie miejsca. Zrobiłam już monitoring, nawet „machnęłam” jedną prezentację dla nowych użytkowników o aplikacji . Przesłałam ją Markowi do wykorzystania.

     Idę na lunch z koleżanką, coś mi tam opowiada, ale moje myśli krążą wokół Piotra. Czekam na telefon po jego prezentacji. Od tego, jak wszystko wypadnie, będzie zależeć jego awans. Jest 13. Dlaczego ten zegar dziś się tak wlecze? W ogóle nie rozumiem, dlaczego Piotr nic mi wcześniej nie powiedział. Chyba oszaleję z niepokoju.
Sms – „Jest ok, zadzwonię jak skończymy. Kocham Cię. Ups! Was”.

Strony: 1 2 3 4 5 6

Komentuj:

*

* Skopuj to hasło:

* Napisz lub wklej hasło tutaj:

Przeczytaj poprzedni wpis:
» NACZELNIK – Kto by tam za mąż wychodził…

Do czego tu się spieszyć?      Stabilizacja bywa synonimem nudy, małżeństwo – rutyny. Obrączka ciśnie niczym dyby. W najmniej odpowiednim momencie...

Zamknij