Szalona matka z zadyszką na życie

madzia     Kiedyś wspominałam, że raz na jakiś czas bywa tak, że łapie mnie niedoczas. Działa z zaskoczenia, bez jakiejkolwiek zapowiedzi i dopada w najmniej odpowiednim momencie. Na początku była „szalona matka studiująca”, później „studiująco–pracująca”, by zostać na etapie „po studiach pierwszego stopnia i bez pracy”, bo dziecko nie ma miejsca w przedszkolu. Oto Polska właśnie!

     Ten rozdział dawno zamknięty, otwarty następny, bardziej ekscytujący. Szalona matka zaczyna kolejne studia i pracę, i oczywiście biega (uparła się koza jedna). I szlag trafia wszystko, dosłownie i w przenośni. Wszystko pod względem organizacyjnym, rzecz jasna. W sumie mąż chodzi w niewyprasowanych koszulach. Gdyby nie ukochana zmywarka, naczynia uciekłby z kuchni, a stos prania tylko dzięki pralce udaje się spacyfikować, co nie znaczy, że to pranie się samo prasuje, tak dobrze to nie ma.

     Przychodzi taki czas w życiu szalonej matki, że nie prosi o nic, poza dobiciem jej. Nie ogarnia, nie pamięta, nawet kalendarz nie jest w stanie pomóc zapamiętać wszystkiego, co chce i co powinna zrobić. A chce tak dużo… W końcu to kobieta z apetytem na życie. Szkoda że w pewnym momencie dopada ją niestrawność i czkawka.

     Szybki rzut okiem na kalendarz i wszystko jasne. Doba to nie guma z majtek, nie da się jej rozciągnąć. Są priorytety i PRIORYTETY. Stary sprawdzony sposób: kartka, długopis i plan działania, rozpisanie wszystkiego, co chciałaby robić, rzeczy, sprawy do załatwienia. Pierwsza faza przynosi klęskę. dziecko, praca, studia, dom… Nie starcza czasu dla niej. My, kobiety, mamy dziwaczny nawyk stawiania wszystkich i wszystkiego przed nami, przed naszymi pragnieniami.

     Szlag! Jeszcze raz. Priorytety…, myśl kobieto, TWOJE PRIORYTETY! Nie twojego męża/partnera, dziecka, szefa, promotora twoje własne, prywatne. Kolejna kartka, kolejna tabelka (dziwna nerwica natręctw, uwielbiam tabelki!). Wszystko, co chcę, po jednej stronie, wszystko, co muszę, po drugiej, wszystko, co powinnam, z drugiej strony kartki – jak znajdę czas, może zrealizuję.

w biegu

     Najważniejsza Młoda. Nie oszukujmy się, jest priorytetem numer jeden. Nawet jeśli nie chcę, ma ten swój anielski głosik wiercący dziurę w mózgu, ego, w całym jestestwie: „mamusiu”, oczy cudnego kociaka i nawet moja zaciętość wymięka.

     Priorytet numer dwa: praca. Lubię ją i nie zamierzam z niej rezygnować. Mogę być uznana za pracoholiczkę, a co mi tam.

     Kolejny: studia. Zaczęłam, skończę, choć awersja do bycia magistrem lub – jak kto woli – „magazynierem”, coraz większa. Na szczęście temat pracy, który wybrałam, wynagradza coraz więcej.

     Kolejny priorytet: hobby, czas wolny, jak zwał, tak zwał. Chwile tylko dla mnie na reset, wyłączenie mózgownicy i odcięcie od wszystkiego, moje sam na sam. Nie oddam, nie zrezygnuję, nie odpuszczę, choćby się waliło i paliło muszę mieć kawałek przestrzeni dla siebie, nawet jeśli ta przestrzeń śmierdzi potem i nie nosi szpilek, tych dwunastocentymetrowych.

     Następnie dom. Diabli go nie wezmą, jeśli prasowanie poczeka, a obiad zjemy na mieście. Choć wolę w domu, to nie zamierzam być więźniem własnego M. Wsumiemąż ma dwie rączki, koszule – jak chce nosić – może sobie wyprasować sam. Ten wpojony przez mamusię feminizm na coś się przydaje. Jak już weźmie się za to prasowanie, może wyprasować również rzeczy dziecka i moje, nie? Jeśli oczywiście będzie na naszym kontynencie, co zdarza się nad wyraz rzadko.

     Do zrealizowania na kiedyś tam: prawo jazdy (cholera!) nadal nie zdane. Trzeba obowiązkowo odkurzyć. Dentysta i ortodonta. Przymierzam się do drutów drugą dekadę. Zważywszy na mój wiek, delikatnie mówiąc, przydługo mi schodzi.



     Chciałabym częściej w góry. I na pewno zimą na narty. Młodej obiecałam pierwszy sezon narciarski. I chciałam skitury i zawody biegowe jakieś. Zapisać terminy na 2013, wybrać i zakodować w kalendarzu. I tyyyyyyyyle rzeczy bym chciała. Jak zwykle nosi mnie, tylko tego czasu – jak zwykle – za mało i doba jakaś taka przykrótka, nie wiedzieć dlaczego.

     Z językiem na brodzie pędzę za życiem, za planami, marzeniami. I może ciężko nadążyć i rozciągnąć te 24 godziny, ale ile satysfakcji z rzeczy zrobionych. A że czasem przysnę nad tym czy tamtym…? Czy ma to jakieś znaczenie?



Magda Korzańska

Komentuj:

*

* Skopuj to hasło:

* Napisz lub wklej hasło tutaj:

Przeczytaj poprzedni wpis:
» Savoir-vivre – podawanie pieczywa

     Pieczywo na stole. Jak je podawać i jeść?      Na wszelkich przyjęciach podajemy pieczywo, począwszy od jasnego, przez ciemne, razowce, pumpernikle,...

Zamknij