Szalona Matka i minimalizm

     Pewnego dnia, zagłębiając się w czeluściach sieci, dotarłam do blogów o minimalizmie. Czytając kolejne strony „porad”, natknęłam się na recenzję książki Dominique Loreau „Sztuka prostot”.


O książce piszą:
     ‚Żyjąc skromniej, wzbogacasz swoją egzystencję. Współczesne społeczeństwo konsumpcyjne twierdzi coś innego? Nie wierz mu! Dominique Loreau od wielu lat mieszka w Japonii. Przyjęła styl życia nowej ojczyzny. Wyznacza go zasada: „Mniej znaczy więcej” i dotyczy wszelkich ludzkich aktywności – od spraw materialnych po duchowe.

     Uporządkuj mieszkanie, opróżnij szafy, porzuć kompulsywne zakupy, jadaj skromniej, zajmij się swoim ciałem i umysłem – to wskazówki autorki dla kobiet żyjących w zachodnim świecie. Podążanie za tymi wskazówkami pozwoli z przyjemnością przebywać we własnym domu i we własnym ciele. Elegancki wygląd, dobre samopoczucie i szczęśliwe życie – oto, co proponuje zainspirowana filozofią Orientu „Sztuka prostoty”‚.

Autorka książki każe wyrzucić
to, co nie pasuje do reszty
garderoby i kupić rzeczy dobre
jakościowo, mniej ich,
za to porządne.

     Wpadłam jak śliwka w kompot, w końcu kobieta zachodu jestem…, no dobra, bardziej środka Europy, ale zaraz przy zachodniej granicy. Nie myślałam wiele. Szybki zakup w księgarni internetowej i dwa dni później byłam właścicielką owego dzieła, biblii minimalistów. Nie, nie jestem aż tak naiwna. Nie myślę, że samo przeczytanie tej 255-stronicowej książki z dość dużym drukiem naprostuje mnie, przestanę być zakupoholiczką i zakocham się w filozofii orientu. Ale to uporządkowanie życia, opróżnianie szaf itd. przypadło mi do gustu bardzo! Od ręki zabrałam się za czytanie. Jeden wieczór i książka pochłonięta.

     Następny etap – opróżnianie szaf, szafeczek. Na pierwszy ogień poszła sypialnia z garderobą. Wywalanie wszystkiego szło mi zdecydowanie super, kolejne rzeczy lądowały na podłodze, pudła, pudełka. Znalazłam nawet swoją garsonkę z matury! Ileż skarbów nasza garderoba jest w stanie pomieścić. Nie wiedziałam tego do chwili, gdy spojrzałam za siebie. Z miejsca odechciało mi się segregacji.

     Kubek kawy…, siadam przy biurku i czytam: „za małe, za duże, nie ten kolor/fason – nie ma miejsca dla tych rzeczy w twojej szafie”. To z jakiegoś bloga. Dochodzę do wniosku, że nie mam na to siły. Zamykam drzwi sypialni i problem jakby zniknął. Dobrze że mąż w delegacji.

     Zabieram się za pokój Anu (ta ma zdecydowanie mniejszą garderobą niż ja). Za małe ciuchy w worki i do oddania. Szybko znajduję dla nich nową małą właścicielkę. Pierwszy sukces na drodze do minimalizmu zaliczony! Czuję się jakbym jakiś szczyt w górach zdobyła i nie jest to Gubałówka zaliczona kolejką. Teraz czas na zabawki. Połamane, bez pary, zdekompletowane – do wyrzucenia. Gryzaki, grzechotki, pchacze do oddania, pościel do łóżeczka do oddania, stary fotelik do oddania. Dochodzę do wniosku, że dziecko ma zdecydowanie większy pokój niż nasza sypialnia i zdecydowanie za dużo zabawek nawet po mocnej segregacji. Jak to możliwe?


     Kolejne 3 noce spędzam w pokoju Anu na małym, rozkładanym tapczanie. Do sypialni wejść przecież nadal się nie da. Kolejnego dnia, z nowymi siłami i zapałem (co mi się rzadko zdarza, więc wykorzystuję póki mam) wkraczam do sypialni z czarnymi workami. Mam zamiar być bezlitosna, wyrzucić, oddać wszystko, czego nie lubię, nie noszę, jest za duże, za małe, jest nietrafionym zakupem – dużo takich rzeczy u mnie. To niestety efekt zakupoholizmu…

     Zabieram się za stertę. Idzie mi mozolnie, rzecz po rzeczy trafia na swoje miejsce. Jeden worek samych szmat na warsztat do czyszczenia części samochodowych. Kolejne 2 duże worki do oddania.

     Zostają mi 2 pary spodni, jedna wyjściowa sukienka, 2 swetry, kardigan, 2 spódnice, kilka bluzek. Biały płaszcz zimowy (nie znoszę go od pierwszej zimowej chlapy) wywalam od razu. Dwa dni później pada śnieg. Mieszkam w górach, więc temperatura mocno poniżej zera. Nie mam w czym chodzić. Jestem na siebie wściekła i jednocześnie zachwycona kolejną utylizacją. Dwa tygodnie śniegu chodzę w grubym polarze i cienkiej kurtce. Super.

     Kolej na buty. Mam ich dużo, bardzo dużo. Pozbywam się tylko kilku par. Reszty jakoś nie potrafię. Za to zostałam tylko z czterema torebkami z dwudziestu! To na pewno można zaliczyć do sukcesów.

Strony: 1 2

Komentuj:

*

* Skopuj to hasło:

* Napisz lub wklej hasło tutaj:

Przeczytaj poprzedni wpis:
» Zespół policystycznych jajników

     PCOS - zespół policystycznych jajników, zwany też inaczej zespołem wielotorbielowatych jajników, drobnotorbielkowatych jajników lub zespołem Steina-Leventhala, dotyczy ok. 5-10% kobiet...

Zamknij