Szalona matka i dieta cud

     K. nic nie mówię. Nie chcę, żeby mnie pocieszał, gdyby się nie udało, że przecież dobrze wyglądam. Oboje wiemy, że tak nie jest, a ja naprawdę źle się czuję taka duża.

     Drugi dzień śniadanie: kawa z kostką cukru. Głód oszukuję wodą i czekam na obiad. Nawet ten befsztyk przeżyję, byle coś zjeść. Za to jogurt naturalny na kolację powoduje chęć pieprznięcia całym tym dietowaniem w kąt. Nie poddaję się. Daję nocną butlę małej, prosząc ją bardzo grzecznie, żeby w nocy spała i nie budziła matki. Sama idę spać praktycznie zaraz po niej, żeby nie czuć głodu.


     Dzień trzeci. Zanim wypijam kawę, staję na wadze pierwszy raz. 2,5 kg mniej! Oł je! Nawet czarna kawa z kostką cukru mi smakuje. Zapijam ją oczywiście wodą, bo żołądek mi się skręca. Powiedziałabym, że przyssał się do żeber, ale niestety żebra mam tak obrośnięte tłuszczem, że by mu się nie udało. Na obiad mój „ukochany” szpinak i pomidor. Obydwa smakują jak trociny. Tym razem powtarzam sobie: „Już 2,5 kilo, coraz lepiej, jedź!” Zabawy z małą na macie kończą się zawrotami głowy. Wypijam pół litra wody w nadziei, że oszukam samą siebie. Przed snem znowu staję na wadze – 3 kg. Zasypiam z błogim uśmiechem. Nie cieszę się snem długo, bo mała budzi mnie 2 razy. Ciężko mi wstać. I to okropne uczucie ssania. Stawiam koło łóżka mineralną.

     Rano ważenie. Dalej 3 kg. Kawa nie smakuje. Za to w całym domu rozstawiam butelki z mineralną, gdyby dopadło mnie uczucie ssania. Dni od 5 do 7 to kryzys. Chce mi się wyć. Waga leci bardzo powolutku, więc dokładam jeszcze ćwiczenia, byle tylko schudnąć więcej. Gdy młoda ma drzemkę, ja skaczę na skakance i intensywnie ćwiczę z płyt. Idąc pod prysznic prawie padam na twarz z wysiłku. Staję na wadze – 7 kg mniej! Efekt tak mnie zachwyca, że postanawiam ćwiczyć przez wszystkie dni diety. Dobrze, że pogoda podła, więc na spacery z małą chodzić nie muszę. Coś czuję, że dziś nie dałabym rady znieść wózka.



     Mija tydzień. Czuję się zmęczona. Boli mnie głowa. Każdy telefon od K. wkurza mnie okropnie. Młoda, wyczuwając pewnie mój nastrój głodnego i zmierzłego wieloryba, je i śpi, stara się nie wkurzać głodnej matki. Następne 2 dni to spadek wagi. Dotychczas aż o 16 kg! Sprawdzam co pół godziny, czy aby na pewno tyle, czy może waga (nowa przecież, prezent urodzinowy) się nie zepsuła.

Strony: 1 2 3

Komentuj:

*

* Skopuj to hasło:

* Napisz lub wklej hasło tutaj:

Przeczytaj poprzedni wpis:
» Majówka z maluchem – co zabrać

Weekend majowy to świetna pora na wspólne rodzinne wyjazdy. Aby z sukcesem zorganizować majówkę z dziećmi, warto zadbać o detale....

Zamknij