Jej zielone oczy – odc. 1

Przed Wami opowieść. Dozowana. W odcinkach. Tworzona nieomal na Waszych oczach, choć poza zasięgiem Waszego wzroku. Pomyślcie, krojąc pomidora, że gdzieś tam pisze się los posiadaczki zielonych oczu.


Jej zielone oczy – odc. 1.



     Usiadłam przy stoliku w barowym ogródku i zamówiłam sok jabłkowy. Wyjęłam z torebki dyktafon, przygotowałam notatnik. Czekałam na nią, delektując się słonecznym popołudniem. Podeszła. Lekko przygarbiona. Nie uśmiechała się. Niepewność malowała się na jej twarzy. Poprosiłam, żeby usiadła.

– Wciąż nie rozumiem, dlaczego ja. – wymamrotała, odpalając papierosa.

     Popatrzyłam w jej zielone, smutne oczy. Z wyższością, nie ukrywam. Moje życie mogłoby wyglądać tak jak jej. Ale nie wygląda. Na szczęście, gdy stanęłam na rozstaju dróg, wybrałam to drugie lewo.

– „Bo przeglądam się w tobie, jak w krzywym zwierciadle.” – pomyślałam, ale natychmiast rozwiałam chmurę refleksji gromadzącą się nad moją głową i odparłam szybko: – Bo masz ciekawe życie. Będzie o czym pisać.

I jak tu ludzi nie obrażać,
kiedy sami się o to proszą?
„Robotą pisarza jest zdradzać”
– to zaś słowa Grahama Greene’a.
No tak, byle tylko nie pisać,
jak się zdradzało, z kim, kiedy i kogo.

     Poprawiłam się na krześle, poprawiłam dyktafon na stoliku, poprawiłam długopis na notatniku. Poprawiłam kosmyk włosów opadający na czoło.

– Co chcesz wiedzieć? – zapytała Natalia.
– Opowiedz, jak to wszystko się zaczęło.
– Nie pamiętam… dnia swoich narodzin.

     Gdyby to wszystko zapisane nam było odgórnie, też miałabym takie smutne spojrzenie i wymiętą, zmęczoną twarz. Popatrzyłam na swoje odbicie w witrynie. Nawet uśmiechnęłam się ukradkowo półgębkiem i zachochliły mi się iskierki w oczach.

– A więc od chwili narodzin twoje życie było takie popieprzone?

     Natalia zamyśliła się. Przebiegła myślami po niby szczęśliwym wczesnym dzieciństwie, po pełnym chorobliwej ambicji okresie szkolnym, po ogólniaku kipiącym od egzaltacji, hormonów, miłosnych uniesień, bolesnych upadków, blizn…
– Tak. – odpowiedziała.


     Wszystko przez potrzebę bycia kochaną i akceptowaną. Z jednej strony. A z drugiej strony nie potrafiła płynąć z prądem i zawsze odstawała. Teoretycznie czerpała z tego satysfakcję, w praktyce bała się odrzucenia i wolała być sama jego ewentualną przyczyną, niż być odrzuconą bez powodu. Całe życie próbowała komuś dogodzić. I nawet jej się to udawało. Do czasu.

Strony: 1 2 3 4 5

Komentuj:

*

* Skopuj to hasło:

* Napisz lub wklej hasło tutaj:

Przeczytaj poprzedni wpis:
» Prima aprilis

     Urodziłam się pierwszego kwietnia. Pomyłka? Dowcip? Coś w tym jest. Często tak właśnie o sobie myślę. Nie biorąc siebie samej...

Zamknij