Gorączka sobotniej nocy

     Nikt nigdzie nie ostrzega, że dzieci bardzo dużo chorują, a dwójka dzieci jest chora permanentnie. Okresy, kiedy oboje są zdrowi, zdarzają się równie często, co zaćmienie słońca. Mam wrażenie, że mogłabym zacząć pracować w szpitalu jako połączenie niewykwalifikowanej pielęgniarki z wykwalifikowaną salową. Wydaje mi się, że nie robię nic innego, tylko przygotowuję i podaję leki, inhaluję, wpuszczam kropelki, odsysam smarki, zbijam temperaturę, oklepuję plecki, smaruję maściami, sprzątam rzygi, a w międzyczasie sama nie mam czasu skorzystać z toalety. Bo nie ma międzyczasu! To tak w wielkim skrócie.

     Najpierw pochorował się Pierworodny. Los obdarzył go wyjątkowo perfidnym kaszlem, prowokującym wymioty średnio dwa razy dziennie. Męczył się chłopak dwa tygodnie na syropkach i nebulizatorze. Jak kaszlnął sobie siarczyście (albo, nie daj Boże, rzucił tzw. serią gruźlika) w miejscu publicznym, ludzie wokół dziwnie wzmagali swoją aktywność ruchową i w promieniu paru metrów robiło się pusto. Niestety, nie wiedzieć czemu, zupełnie nie działało to w kolejkach do kas. Leczenie finalnie zakończyło się antybiotykiem i sterydem wziewnym, co zapewne zmasakrowało młodziutki organizm, ale przy okazji ubiło kaszel. Oby skutecznie i na długo!

Przestraszyłam się wizją
zaśnięcia podczas chodzenia
i upuszczenia Młodej
na podłogę.
Zapakowałam ją do wózka.

     Ach, pocieszyłam się zdrowymi dziećmi całe dwa dni. Nawet raz na spacer wyszliśmy. Młody w końcu wytarzał się w śniegu jak należy, a ja pooddychałam rześkim powietrzem. Tak, radość nie trwała długo, jak się zapewne domyślacie. W sobotę Kluska jakaś niewyraźna była i nie było to bynajmniej efektem jakiegoś mojego balowania, czy zachłyśnięcia się owym rześkim powietrzem. Postanowiłam odkopać z szuflady termometr. 38. No to jeszcze nie tragedia. Pewnie „zagotowała się”, jak spała w wózkowym śpiworze, w domu oczywiście, bo na dworze trudno by było się zagotować przy minus piętnastu. Po trzydziestu minutach (to czas jaki jej dałam na „ostygnięcie”) 38,5. Bez paniki, to pewnie zęby. Przecież nic, oprócz gorączki, jej nie dolega. Pominęłam fakt ewidentnego marudzenia i smędzenia od dwóch dni. Przecież to takie naturalne zachowanie małego dziecka. Jednak czujne oko matki kazało stwierdzić, że Kluska wygląda na chorą. Postanowiłam zawezwać medyka. Żeby nie było. Oczywiście wybrała sobie na chorowanie jedyny weekend, jaki Wszechmogący postanowił spędzić poza domem. Ba! Poza granicami kraju naszego pięknego i uroczego. „Na dym z komina! Na pusty kocioł!” powtarzam perfidne przekleństwa użytecznych lokomotyw, choć oczywiście cisną mi się na język zupełnie inne wiązanki słów niecenzuralnych.

     Medyk przyjechał. Zachowywał się trochę jak Święty Mikołaj na prozacu. Gadał jak nakręcona kataryna, wykonywał nerwowe ruchy, pisał zamaszyście, pomiędzy to wszystko wstawiał jakieś dowcipy, czy też anegdoty. Ba! triki robił normalnie cyrkowe, czary mary dzikie węże, znikające światełka, a jaki kontakt z publicznością! Ua. No minął się z powołaniem. Generalnie miałam wrażenie, że uczestniczę w jakimś dobrze wyreżyserowanym show! Ale nieważne. Okazało się, że Klucha ma zainfekowane ucho, gardło, pewnie nos i któż raczy wiedzieć cóż jeszcze. Antybiotyk na 10 dni. Zonk. Wizja więzienia domowego mnie trochę dobiła.


     Niestety Młoda naprawdę kiepsko przędła, więc nie miałam czasu użalać się nad sobą. Pewnie ją to uszko bolało, ale myślę, że niczym niezbijalna gorączka, wahająca się pomiędzy 38,5 a 39,5, ją wymęczyła najbardziej. W nocy jeden wielki jęk, płacz, wiercenie. Zero spania. Około 1 nad ranem czułam, że można zasnąć, chodząc w kółko po pokoju z dzieckiem na rękach, nawet mi się wydawało, ze coś mi się śniło. Przestraszyłam się wizją zaśnięcia podczas chodzenia i upuszczenia Młodej na podłogę. Zapakowałam ją do wózka (już bez śpiwora), uruchomiłam śpiącą rybkę Mini Mini i dawaj tym wózem drabiniastym przód-tył. I tak milion razy. A tam milion! Sto milionów! Córka jednak postanowiła przegadać rybkę, ewidentnie jej tłumaczyła, żeby się obudziła i puściła jakąś baję. Nawet były momenty, że na nią krzyczała i wygrażała jej łapami. A rybka nic, tylko chrapie i puszcza bąbelki. Młoda, gdy tylko swoimi zmąconymi gorączką, aczkolwiek czujnymi oczami zarejestrowała, że matka rodzicielka powoli oddaje się w ręce Morfeusza i tempo jeżdżenia jej spada, podnosiła stosowny lament i wrzask, żeby pobudzić pchaczo-ciągacza. Nie wiem jak można nie zasnąć przy śpiącej rybce Mini Mini??? Klucha wie. Kiedyś mi na pewno to opowie.


     W okolicach środy, czwartku przychodzi kryzys. Kiedy po raz kolejny wbijam się w dresy, przecieram oczy ze zdumienia, że teraz moje życie tak wygląda, przyklepuję zwichrzoną nocą fryzurę. W perspektywie mam kolejny dzień spędzony w domu z totalnie wynudzonymi i wygłodniałymi wrażeń dziećmi, po głowie kłębi się desperacka myśl: „Niech mnie ktoś uratuje!” Nie musi być na białym koniu. Wszechmogącego mam od rumakowania. Jednak rzeczywistość okazuje się być wyjątkowo okrutna. Jedyny „książę” w okolicy to Pan z czerwonym nosem i wysokoprocentowym oddechem, walczący z białym szaleństwem na trzaskającym mrozie, próbując sprawić, żeby jednak jakoś dało się przejść chodnikiem.



Kredk@

Komentuj:

*

* Skopuj to hasło:

* Napisz lub wklej hasło tutaj:

Przeczytaj poprzedni wpis:
» Osiągnięcia dziecka w okresie niemowlęcym

Okres niemowlęcy to pierwsze 12 miesięcy życia dziecka.      Jest to pierwsza faza okresu wczesnego dzieciństwa. Ze względu na intensywne przemiany...

Zamknij