Damska torebka

     Wchodzę do sądu. W wejściu bramka plus pan ochroniarz z ręcznym wykrywaczem metalu. Przechodzę. Piszczy. Przyszło mi nawet do głowy, że będę musiała pozbywać się wszystkich kolczyków, ale nie było aż tak hardcorowo. Ale że piszczałam, pan ochroniarz zarządził:
– Proszę torebkę do prześwietlenia.
– A jak nie wypluje?
Niepewnie, ale wcisnęłam torebkę do urządzenia prześwietlającego. Stawiać się przecież nie będę. Wypluło. Teraz już wiem, gdzie wpaść na szybki rentgen, gdyby mnie z jakimś złamaniem kończyny na mieście przypiliło.

     Damska torebka to bardzo niewdzięczny temat. Gdy mowa o damskiej torebce, pojawiają się skojarzenia zgoła inne niż w przypadku „co ma żołnierz pod łóżkiem”. Co zatem kobieta ma w torebce? Bałagan (że użyję eufemizmu). A nawet jeśli nie ma bałaganu, to jest o to podejrzewana. Bo kobieta jest zdolna mieć bałagan nawet w koktajlowej kopertówce.

Spróbowałby taki cwaniak przetrwać
w jakiejś dżungli, gdyby zgubił się
w niej niczym Bear Grylls, z tym
co ma przy sobie.
Kobieta miałaby większe szanse.

     Damska torebka doczekała się nawet badań naukowych. Naukowcy dowiedli, że kobieta ma w torebce nie tylko bałagan, ale i… przysłowiowy syf z malarią. Damska torebka z reguły jest bytem, który nie zaznał nigdy prania. Torebka jest używana do upadłego, albo rotacyjnie z innymi. Bywa czyszczona, gdy zabrudzi się z wierzchu. A w środku… istna galopada drobnoustrojów. Torebka może poszczycić się większą różnorodnością i obfitością bakterii niż statystyczna spłuczka w WC. Dr. Charles Gerba nazwał ją nawet żartobliwie „bag-teria”. Doprawy uroczo.

     Urodzaj ten ma przyczyny nie tylko w braku higieny. Problemem jest także to, co kobieta do tej torebki pcha. A pcha, oj pcha… Oprócz oczywistości typu portfel, klucze, komórka, lusterko, pilniczek, puder, pomadka, błyszczyk, śrubokręt, cienie do powiek, tusz do rzęs, scyzoryk, chusteczki higieniczne, krem do rąk, znajdziemy w niej również zużyte chusteczki, bywa, że nawilżone, przekąski, resztki przekąsek, opakowania po przekąskach. Cukierki, batoniki, czekolada, drożdżówki. Kobiety ponoć muszą kąsać. Znaczy przekąszać. Śmieci zostają w torebce, bo mogą. Torebka jest pod ręką, a kosz na śmieci nie zawsze. Resztki przekąsek zostają na później, bo w biegu, bo za dużo. Po miesiącu jest miła niespodzianka, gdy w chwili kryzysu trafi się na schowaną w kącie ostatnią kostkę czekolady. Ja do dziś nie wiem, gdzie podział się schowany na czarną godzinę lizak. Nawet posprzątałam w torebce, żeby go odszukać. Ślad po nim zaginął.


     Siedzę w sądzie. Mam wyjątkowy porządek w torebce. Bramka piszczała przez pęk kluczy. Pęk mógłby przestać być pękiem, bo nie znam przeznaczenia ¾ kluczy w owym pęku. Ale gdyby ich było mniej, trudniej byłoby mi je znaleźć w… torebce. A tak wystarczy potrząsnąć i szukać na słuch.

     Na bramce powtarza się utarty schemat. Wchodzi kobieta, ochroniarz każe odłożyć torebkę do prześwietlenia. Wchodzi mężczyzna, wykłada klucze na tackę i jest po krzyku. Jak oni się mieszczą w samych kieszeniach?! Jakoś się mieszczą. Portfel, który skądinąd jest męską hodowlą bakterii, kluczyki, komórka. Tyle mężczyźnie potrzeba do przetrwania. I jeszcze się tym szczyci jeden z drugim.

     Ale spróbowałby taki cwaniak przetrwać w jakiejś dżungli, gdyby zgubił się w niej niczym Bear Grylls, z tym co ma przy sobie. Kobieta miałaby większe szanse. Przede wszystkim nie paradowałaby po rzeczonej dżungli z worami pod oczami. Pełny makijaż, opiłowane paznokcie, świeży oddech dzięki miętówkom. Właśnie tak zaprezentowałaby się dzikim zwierzętom. Z pewnością z głodu by nie padła. Posiliłaby się resztkami przekąsek, dźwiganymi w torebce, albo upolowałaby coś za pomocą pilniczka, scyzoryka, woreczka po drożdżówce, ubiegłorocznych sznurowadeł i długopisu. Komary by jej nie pogryzły. Z pewnością odnalazłaby coś adekwatnego w czeluściach swej torby. Tak zupełnie na marginesie – zima idzie, a ja nadal w jednej z torebek mam spray odstraszający komary i kleszcze. Kobieta i jej torebka to idealni partnerzy. Ból głowy niestraszny, bo jakieś prochy zawsze się znajdą. A po powrocie z dżungli kobieta zarobi krocie, dzięki relacji na żywo nagranej na dyktafon, który całkiem przypadkiem miała przy sobie. No właśnie, niech mi ktoś powie, po co ja noszę dyktafon w torebce.


     Można się śmiać, można sugerować częstsze sprzątanie w torebkach, a nawet częstsze ich pranie. Ale – właścicielki przepastnych torebek – nie dajcie się zgnębić. Kobiety po prostu muszą mieć wszystko przy sobie. Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy, co się nagle przyda. A trudno to wszystko nosić w kieszeniach. Toż spodnie by od tej obfitości opadały po kolana. Dawno, dawno temu dzięki mojemu pilniczkowi, którego zwykle przy sobie nie mam, a wtedy miałam, udało się naprawić samochód w trasie. No dobra, nie samochód, tylko malucha, który gasł. A dzięki pilniczkowi przestał. Umorusane na placu zabaw dziecko? Nie ma problemu, są nawilżone chusteczki, choćby i do demakijażu. Przedłużająca się wyprawa na zakupy? Nie ma problemu, pierwszy głód można stłumić batonikiem. Trzeba zabrać słoiczek z obiadkiem, kilka pieluch, łyżeczkę, butelkę mineralnej? Nie ma problemu, zmieści się w torebce. Drobne na parking? Na bank są w którejś przegródce, tylko czekają, by się przydać.



Elżbieta Haque

Komentuj:

*

* Skopuj to hasło:

* Napisz lub wklej hasło tutaj:

Przeczytaj poprzedni wpis:
» Szalona matka za kółkiem

     Panuje opinia, iż my, kobiety, jeździmy fatalnie. Lusterek używamy do poprawiania makijażu czy układania włosów, ale przy tak prozaicznej czynności...

Zamknij